Cześć nazywam się Łukasz Kłoda, jestem fotografem, kocham to co robię. Zawodowo fotografią zajmuję się od 2010 roku. Ale zacznę od początku…. Kiedy byłem małym chłopcem często przeglądałem rodzinne fotografie schowane w pufie, były ich setki, jak nie tysiące. Zresztą są one tam po dziś dzień. Potrafiłem je przeglądać godzinami. Katalogowałem je pod względem wielkości, rodzaju papieru na jakim zostały wykonane, w zależności od tego czy miały ramkę czy też nie. Pewne fotografie wywierały na mnie szczególne wrażenie. Nie potrafię tego dokładnie opisać, ale to tak jak bym już kiedyś je widział lub nawet sam je robił. Pokazywały emocje, było w nich coś więcej. Szczególnie podobały mi się zdjęcia czarno-białe, to by tłumaczyło mój dzisiejszy zapęd do właśnie takich zdjęć Większość z nich przedstawia Jolantę i Zbigniewa, moich rodziców. Pewnego razu odczytałem na odwrocie zdjęć napis – KŁODA Z. Swego rodzaju podpis autora, okazało się że mój tata był fotografem, zapalonym na maxa fotografem. Bardzo mnie to ciekawiło, jako 5-cio latek zadawałem dużo pytań, zresztą to zostało mi do dziś. Babcia opowiadała mi jak tata przerobił jedną z łazienek na ciemnie fotograficzną, wyobrażacie sobie dziś że wasze dziecko własnie zmienia przeznaczenie łazienki? Masakra. Kto by dziś na to pozwolił ?:) Pewnego razu trafił mi w ręce notatnik, był to mały zeszyt zawierający notatki Zbyszka.Były tam opisane przeróżne sposoby wywoływania zdjęć,odręcznie napisane recepty. Dodam w tym miejscu że nigdy nie poznałem taty, zginął w wypadku kiedy byłem jeszcze u mamy w brzuchu. Własnoręcznie napisane recepty mojego taty! Wiesz co wtedy czułem? Coś pomiędzy odczuciem Neila Armstronga podczas lądowania na księżycu a widokiem świecącej żarówki po ponad 1000 próbach które wykonał Thomas Edison. Na kilka lat zapomniałem o tym wszystkim, kiedy to w liceum odezwało się “powołanie” Był rok 2004. Odezwało się wewnętrzne “ja” Z aparatem praktycznie nie rozstawałem się ani na chwilę. Po kilku latach, z odciskam…